Recenzja horroru Ghost House (2017)

ghost-house-recenzja-horror-express
Tytuł sugeruje kolejny horror o nawiedzonym domu, jednak tym razem jest inaczej. Ghost House – czyli dom duchów – to kapliczka, którą można spotkać w Tajlandii obok hoteli, budynków mieszkalnych czy handlowych. Takie domki budowane są na wzór świątyń i dekorowane kwiatami. Stoją przy nich tace z jedzeniem oraz piciem, przeznaczone dla nadprzyrodzonych istot, by niczego im nie zabrakło. Tajlandia jest pełna duchów (Phi), które według tamtejszych wierzeń potrzebują własnych siedzib, inaczej zaczną zajmować ludzkie.

Bohaterzy Ghost House to para młodych ludzi, Julie (Scout Taylor-Compton) i Jim (James Landry Hébert), którzy udają się na wakacje do tego kraju, nie znając jego kultury i obyczajów. W hotelu nawiązują znajomość z dwoma Anglikami. Wybierają się na wspólną wycieczkę do lasu. Na miejscu okazuje się, że jest on czymś w rodzaju cmentarzyska dla porzuconych domków. Dalej wygląda to mniej więcej tak: ktoś wkurzy ducha i będzie miał problem.
Film przypomina mi, np. Krwawe Wizje (można o nim przeczytać tu ) o dość podobnej tematyce. Fabuła Ghost House jest ciekawa, a akcja rozkłada się w równomiernym tempie, dzięki czemu widz się nie nudzi. Pozytywnie wybijają się sceny pokazujące ulice Tajlandii, bary, sklepy czy w końcu samych mieszkańców i ich domy.

ghost-house-recenzja-horror-express

Przemieszczamy się dynamicznie razem z bohaterami. Raz jesteśmy w hotelu, potem w chacie miejscowych, by chwilę później przenieść się do lasu czy jakiejś speluny w poszukiwaniu podejrzanego typa. Razem ze zmianą miejsca akcji pojawiają się nowi, mniej lub bardziej znaczący bohaterowie. W jednego z nich wcielił się Mark Boone Junior (Synowie Anarchii, Rzeka Ocalenia), który jest najbardziej znaną twarzą w całym filmie Richa Raghsdale’a (The Giant Mechanical Man, Atak Pająków). Tego aktora niedawno widziałam też w American Satan, o którym pisałam tu.

Słabą stroną Ghost House są ujęcia z udziałem wkurzonego ducha. Przede wszystkim nawaliła charakteryzacja. Duch przypomina wiedźmę z Jasia i Małgosi i takie wrażenie nie opuszczało mnie przez cały film. O ile sceny są ciemne, a postaci nie widać w całości, jedynie fragmentarycznie to nie przeszkadza. Na szczęście nawet w tych jaśniejszych nie jest aż tak źle, by było śmiesznie. Zawinił raczej kiepski pomysł niż mały budżet.

Ghost House ma całkiem dobry klimat. Jest ciemno kiedy trzeba, pojawia się cień zagrożenia i nutka niepewności ze strony bohaterów. Jednak w moim odczuciu nie jest to typowy straszak. Chcąc nie chcąc przez postać „czarownicy” odbieram go trochę bajkowo. Najmocniejszą stroną filmu jest jego fabuła i dość dynamiczna akcja. Gorzej wypadły sceny, które miały przestraszyć – te w których widać całą „wiedźmę”. W momencie kiedy przeciwnik nie jest dość przekonujący, nie budzi większych emocji, lepiej byłoby postawić na strach wynikający z zaskoczenia. To nie jest film, który trzeba zobaczyć, raczej nikt nie będzie się po nim bał, ale jako przyjemna baja na wieczór, dla tych bez większych oczekiwań, sprawdza się dobrze.

Źródło zdj. cineplex.com

Brak komentarzy