Korpo slasher – recenzja filmu Mayhem

mayhem-recenzja-horror-express

Derek jest młodym, ambitnym prawnikiem, jednym z wielu w dużej korporacji. Akcja filmu rozpoczyna się w dniu kiedy zostaje wplątany w pewną aferę, a następnie podstępnie zwolniony. Załamany mężczyzna pakuje swoje rzeczy i kieruje się ku wyjściu, gdy nagle biurowiec zostaje otoczony przez jednostki specjalne oraz poddany kwarantannie. Okazuje się, że w budynku stwierdzono obecność wirusa, który wyłącza ludzkie zahamowania. Pracownicy stają się agresywni i ulegają stresującej korpo-atmosferze. Wszelkie działania podjęte pod wpływem zakażenia wirusem są traktowane jako przejaw choroby, przez co chorzy są uznawani za bezkarnych w świetle prawa. Derek stwierdza, że jest to jedyna okazja, by dostać się na ostatnie piętro i „wytłumaczyć” szefostwu jak wielki błąd popełnili zwalniając go. W zrealizowania planu pomaga mu niezadowolona kobieta, która przez działania firmy może stracić dom.
W główną rolę wcielił się Steven Yeun, aktor kojarzony przede wszystkim z serialem The Walking Dead, gdzie grał Glenna. Jego blond pomocnicę, o jakimś tam imieniu (mniejsza z tym), zagrała Samara Weaving, którą w tym roku można było oglądać m.in. w Opiekunce. Pod względem aktorskim nie było tu roli wybitnych. Steven nawet cały we krwi, rozwalający głowę jakiemuś kolesiowi wciąż wydawał się bardzo sympatycznym gościem, a nie kimś kogo można się przestraszyć. To jeden z tych aktorów, któremu dużo czasu zajmie odklejenie łatki. W końcu jako Glenn był miłym chłopakiem, a potem miłym, ale już trochę irytującym facetem, wprost spod pantofla swojej żony. To dobrze dla niego, że jego gra w TWD dobiegła końca. Teraz trzeba czekać aż Steven pokaże się z innej strony, a jego emocje będą wyglądać autentycznie. W Mayhem mu się nie udało, ale nie jest to film, w którym gra aktorów jest na pierwszym planie. Najważniejsze jest tu dostarczenie widzowi prostej, nieskomplikowanej fabuły, czegoś co go zrelaksuje, trochę rozbawi,  zapewni rozrywkę na leniwy wieczór.

mayhem-recenzja-horror-express


Ogólnie Mayhem jest typowo odmóżdżającym filmem, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. To delikatny slasher –  mało krwi, żadnych flaków i obrzydliwości, za to trochę czarnego humoru. Praca w dużej korporacji to dużo stresu, dużo kofeiny, często dużo za dużo złych emocji. Mayhem w krzywym zwierciadle pokazuje taką atmosferę. Widz obserwuje jak pracownicy firmy uwalniają swoje emocje, kłócą się, okładają pięściami. Można powiedzieć, że jest to taka „czystka” w warunkach biurowych (skojarzenie dla tych, którzy oglądali The Purge). Co ciekawe wirus nie wpływa diametralnie na zachowanie kierownictwa. Osoby zasiadające w radzie z zimną krwią            i stoickim spokojem przyglądają się rozwojowi akcji, słuchają poleceń oraz decyzji tylko lekko, pewnie niewiele bardziej niż normalnie, wzburzonego prezesa. Czy jest to błąd czy zabieg celowy, który ma pokazać, że niektóre osoby są już kompletnie wyprute z emocji? Być może najsilniejszy jest w nich instynkt przetrwania, pomagający utrzymać się na swojej gałęzi w biurowej dżungli i zachowywać się potulnie, do momentu pojawienia się większej korzyści (jak w przypadku sekretarki).  W filmie wielokrotnie pojawią się postaci mogące kontrolować wpływ wirusa na swoje zachowanie, w mniejszym lub większym stopniu. Czasami widz zastanawia się czy wszyscy są pod jego wpływem, chociaż to jedno jest pewne, każdy z bohaterów ma przekrwione oko – znak rozpoznawczy zakażenia.

Muszę przyznać, że Mayhem obejrzałam z przyjemnością. Jest lekki, niestresujący, idealny na wieczór – zwłaszcza po ciężkim dniu. Dużo akcji, oszczędne, ale logiczne dialogi i trochę dziwaczna, można powiedzieć abstrakcyjna sytuacja. Wyłączasz myślenie, włączasz film, takie kino też jest potrzebne.

Źródło zdj. cineplex.com


Brak komentarzy